Image Map
A zombie is coming! Strona Główna




Poprzedni temat «» Następny temat
Poczta
Autor Wiadomość
Kelly McCarthy 
Psycho.


21 lat



Rana postrzałowa (opatrzona)

Kelnerka

Wysłany: 2016-02-26, 12:39   Poczta

Mała, typowo wiejska poczta. Są tutaj dwa okienka, kilka szafek na przesyłki, budka telefoniczna i dwa stoliki z krzesłami. Wszystko jest jednak zniszczone.
Szafki mają kluczyki i są wykonane z metalu. Może to dobry schowek na zapasy?
_________________




You can't kill them all. They're already dead.


 
   Podziel się na:  
Jackson Scratch 
Janusz Cebula


35 lat



Drwal

Wysłany: 2016-03-22, 02:56   

Z pewnością zastanawiacie się jak minął dzisiejszy dzień waszemu ulubionemu Januszowi. Na wasze szczęście narrator już tu jest by podzielić się z wami cebulowymi rewelacjami!
Dzień minął mu jak co dzień. Dni w czasie Apokalipsy nie różnią się zbytnio od siebie. Trupy spacerujące po ulicach, krew na asfalcie, krzyki i okazjonalne strzały w oddali. Nie mógł się sobie nadziwić jak szybko do tego przywykł. Może jeszcze nie wszystko do niego dotarło, część jego mózgu odpowiedzialna za strach blokowała niektóre fakty z jego nowej rzeczywistości. Jak na przykład chodzące ścierwa pożerające ludzi, albo to że znajduję się w 'prawdziwej' Ameryce, siedem tysięcy kilometrów od domu i szuka siostry. Szukanie to ciężkie zajęcie przy ograniczonych zapasach wody i pożywienia, zwłaszcza jak nie wie się gdzie szukać. Nie to jednak było teraz jego największym problem. Samotne podróżowanie dało mu mocno w kość. Nie umiał przemieszczać się po zabudowanym terenie, a w lasach pełno było szwędaczy, co zmusiło go do spania z jednym okiem otwartym. Słabo mu to wychodziło, był wykończony. Nie miał pewności czy przeżyje kolejną noc na odsłoniętym terenie. Wolał nie ryzykować. Czas poszukać schronienia. Marzył mu się jakiś niezniszczony sklep spożywczy z resztkami długoterminowej żywności.
Nie był to jednak jego szczęśliwy dzień. Już z oddali wiedział, że nie jest to sklep. Gdy podszedł bliżej odczytał z szyldu napis 'Poczta'. Zdecydował się, że spocznie właśnie na poczcie. Po drodze nie spostrzegł żadnego budynku, który znajdowałby się wystarczająco blisko, by mógł do niego dotrzeć przed zapadnięciem zmroku. Trudno, najwyżej wypije swoje dwie ostatnie puszki Onion Coli. Przez ten cały czas dzielnie powstrzymywał się od wypicia swojego ulubionego napoju. Trzymał je a czarną godzinę, która widocznie nadeszła. Jak umierać to z Colą cebulową w dłoni.
Wszedł do środka najciszej jak potrafił, starając się nie nadepnąć na żadne z walających się po podłodze śmieci. Nie było to jednak łatwe zważywszy na jego gabaryty. W pogotowiu trzymał siekierę, jakby co miało na niego wyskoczyć. Swoją drogą śmieszna sprawa, że ją tutaj znalazł. Bez niej z pewnością ciężej byłoby mu się bronić. Nie przepadał i nie umiał posługiwać się bronią palną. A przynajmniej nie aż tak dobrze jak jego rodzina, ale lepiej niż przecięty Amerykanin. Ach, siekiera, wspaniały dar od losu.
 
   Podziel się na:  
Helena Zuniga 
papierosowa wiedźma


28



złota rączka, obsługa na stacji benzynowej

Wysłany: 2016-03-22, 15:59   

Cudowny swąd gnijących ciał, metalicznej krwi, rozlanej benzyny i dopalających się szczątek umarlaków. Poranek jak każdy inny. Śpię, zakopana w znaleziony, pogryziony przez mole koc. Nie mam pojęcia, dlaczego znalazł się w tym miejscu. Może ktoś przede mną go tu przywlókł, zrobił małe obozowisko i musiał w pośpiechu uciekać? Kto wie. Nie ma to specjalnie znaczenia. Siadam powoli i grzebię w plecaku, szukając czegoś do zjedzenia. Cholera, ile ja bym dała za paczkę fajek. Świeży tytoń, lekko podbity wiśniami. Przechodzą mnie dreszcze, krzywię się i bardzo nie podoba mi się fakt, że nie mam pojęcia, gdzie znaleźć papierosy. Ludzi chyba popierdoliło, bo w te kilka dni początkowej apokalipsy wyczyścili wszystkie możliwe sklepy z wyrobów tytoniowych. Wzdycham, potrząsam głową i staram się to wyrzucić z myśli. W tej chwili słyszę, że ktoś porusza się na zewnątrz i próbuje wejść do środka. Co kurwa? Trupy raczej nie potrafią otwierać swoje drzwi. Wyskakuję pospiesznie z koca, przyciągam do siebie broń i chowam się za blatem, na którym stoi rozwalona kasa, oskubana doszczętnie z każdych pieniędzy. Czekam, obserwuję, kryjąc za blatem. Gdy mężczyzna stoi do mnie plecami wyciągam broń, przykładam koniec lufy do szyi nieznajomego. Mocno, twardo, dając mu do zrozumienia, żeby raczej nie próbował jej wyrwać.
- Spróbuj tylko odpierdolić coś głupiego - mówię chłodno, naciskając nieco mocniej bronią.
- Czego tu szukasz? - ciągnę, nie spuszczając wzroku z tyłu jego głowy. Nie zamierzam nikogo zabijać. Ale nie zamierzam także dać się zabić, więc jeśli mam wybierać, wolę tę pierwszą opcję.
_________________

ch-ch-ch-ch-chop it up and put it in your pot
 
   Podziel się na:  
Jackson Scratch 
Janusz Cebula


35 lat



Drwal

Wysłany: 2016-03-22, 17:22   

No i stało się. Chwila nieuwagi, odwrócenie się w złą stronę i już czuje zimny metal lufy na karku. A miało być tak pięknie, spokojna noc pod dachem, a wyszło jak zawsze.
- Masz coś konkretnego na myśli? - Nie miał pojęcia co się robi w takich sytuacjach. A gdy nie wiesz co robić łatwo zrobić coś głupiego. Nie mógł sobie jednak pozwolić na taki błąd. Szukał schronienia a nie kulki w łeb.
- Noclegu? - Teraz, gdy wiedział już, że poczta jest zamieszkała, nie był już pewien czy będzie mógł tutaj nocować. Raz, już szybciej wyśpi się na jakimś drzewie niż w jednym pomieszczeniu z uzbrojoną dziewczyną. Dwa, zawsze może mu powiedzieć żeby wypierdalał, a wtedy nie będzie miał żadnego wyboru.
 
   Podziel się na:  
Helena Zuniga 
papierosowa wiedźma


28



złota rączka, obsługa na stacji benzynowej

Wysłany: 2016-03-23, 23:10   

- Wszystko - wyrzucam z siebie szybko, jakby brzydząc się słów, które przechodzą mi przez usta. Uśmiecham się lekko, choć mężczyzna nie może tego zobaczyć.
- Noclegu? - powtarzam cicho, przyglądając się uważnie tyle głowy nieznajomego. Unoszę brwi i przez chwilę mam faceta za idiotę. Przez chwilę.
- Widzisz pocztę i pierwsze co myślisz, to "cholera, dobre miejsce na przenocowanie"? - pytam i próbuję ukryć rozbawienie. Moje wargi drżą, jednak za wszelką cenę staram się nie roześmiać. Obawiam się jednak, że w moim głosie pobrzmiewa wesołość.
- Stary, cholera, mógłbyś się trochę bardziej postarać. Albo znaleźć lepszą wymówkę - mówię i w końcu uśmiecham się szeroko. Jednym ruchem odciągam broń, ostrzegając go uprzednio.
- Nie kombinuj, wciąż jesteś na celowniku. - Dlaczego jednak nie porozmawiać twarzą w twarz? Może akurat będzie na co popatrzeć.
_________________

ch-ch-ch-ch-chop it up and put it in your pot
 
   Podziel się na:  
Jackson Scratch 
Janusz Cebula


35 lat



Drwal

Wysłany: 2016-03-26, 03:29   

Kamień spadł mu z serca. Gdyby chciała go zabić to już dawno leżałby na podłodze z kulką we łbie. Jest nadzieja, że dożyje jutra, może nawet nieznajoma pozwoli mu zostać na noc na poczcie. Chociaż z drugiej strony, spanie w jednym pomieszczeniu z nieznajomą jest równie dobre, co spanie na zewnątrz. Nigdy nie wiesz, czy się obudzisz. Jackson miał plan, pogadać z nią chwilę i ruszyć w drogę, by znaleźć lepsze miejsce na nocleg. Ostrożności nigdy za wiele.
Mógłby się bardziej postarać? Chłop już się z życiem pożegnał, ostatnie zdrowaśki odmówił, a ona się z niego śmieje? Powiedziałby jej, że to bardzo niegrzecznie, ale miała broń i... no właśnie. Niby zdjęła go z muszki, ale i tak nie miał szans żeby zabić ją siekierą zanim ona go zastrzeli. Już nie wspominając o tym, że nie chciał jej zabijać.
- Widać nie tylko ja mam takie świetne pomysły - odpowiedział na jej pytanie i, gdy odciągnęła broń, zaczął powoli odwracać się w jej stronę. Ręce cały czas trzymał uniesione, tak na wszelki wypadek. Zaczął się wycofywać. Nie widział sensu w gnieżdżeniu się na poczcie z obcymi ludźmi. - Nie będę ci przeszkadzać - powiedział na odchodne i poszedł w sina dal.

//zt
 
   Podziel się na:  
Mistrz Gry 


xxx

Wysłany: 2016-05-18, 12:48   

HELENA ZT
 
   Podziel się na:  
William Bellamy 
Will I am?


18 lat



uczeń

Wysłany: 2016-06-09, 15:33   

Szedł samotnie już dość długo. Nie był pewien czy przebywanie w mieście - nawet jeśli zniszczonym - będzie dobrym pomysłem, ale wracanie do lasu było ostatnią rzeczą na jaką Will miał ochotę.
Miasteczko jednak nie było duże. Po drodze widział plebanię, zniszczony ratusz o wysokich, łukowato sklepionych oknach i wieży zegarowej.
Chłopak podszedł do ruin czegoś co wyglądało jak zniszczona poczta i usiadł na jednym ze sporych, płaskich odłamków muru. Rozejrzał się dookoła, żałując, że gdy opuszczał dom, nie wziął ze sobą swojej mp3. Następnie schylił się by wyciągnąć z plecaka coś do jedzenia, gdy usłyszał czyjeś kroki - był wyczulony na dźwięki, więc te zazwyczaj nie umykały jego uwadze. William uniósł głowę wyżej, ku swojemu zaskoczeniu dostrzegając psa. Czy też raczej stworzenie, które kiedyś nim było, bo teraz bliżej miało do sarny. Było chude, brudne, a w niektórych miejscach w ogóle nie miało futra. 18-latek poruszył się, a zwierze spojrzało na niego, podkuliło ogon i zanim Will zdążył zrobić cokolwiek innego, zniknęło za jednym z budynków.
Młody wzruszył ramionami tak lekko, że właściwie niezauważalnie, rozpiął plecak i wyciągnął z niego paczkę czipsów. Włożył kilka na raz do ust, by położyć torebkę obok i wolnymi rękami wyjąć notes oraz długopis. Odkąd to wszystko się zaczęło, Will codziennie zapisywał coś w zeszycie. 26 liter to wszystko, czego potrzebował. Mógł łączyć je w morza i ekosystemy. Mógł spinać je z sobą, budując planety i układy planetarne. Mógł budować z nich drapacze chmur i metropolie pełne ludzi, tworzyć miejsca, rzeczy i idee, które wydawały się prawdziwsze niż on i ten zniszczony, obecny świat. Świat, który ku jego zaskoczeniu z każdą chwilą wydawał się być czymś normalnym. Czymś do czego można by się przyzwyczaić. Zombie były tutaj i nigdzie się nie wybierały, ale nie widział ich od dobrego tygodnia, więc powoli przestawały być tematem jego rozmyślań. Teraz byli tylko kolejnym elementem krajobrazu. Odegrali swoją rolę - zmienili świat. Absolutnie wszystko. Chłopak zastanawiał się czasami jak w ogóle do tego doszło. Na razie wiedział tylko, że zaczęło się nigdzie i wszędzie jednocześnie. Zaczęło się bez ostrzeżenia i z najbardziej wyraźnym ostrzeżeniem, jakie można dostać. Istniało tysiąc okazji, by mu zapobiec i jednocześnie nikt nie miał szans mu zapobiec.
Will zastukał długopisem w papier i wziął do ust kolejnego czipsa. Był zaskoczony i jednocześnie w pewnym sensie zadowolony z tego, że był tu sam. Na samym początku apokalipsy ludzie biegali w te i we wte, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Teraz? Will na swojej drodze spotykał tylko pojedyncze jednostki. Najwyraźniej tak właśnie działała epidemia; zabijała, czego nie mogła pokonać.
18-latek otrzepał ręce o spodnie, kliknął długopisem i zaczął pisać.

Dzień 57
Postanowiłem trzymać się na obrzeżach cywilizacji, poszukać jakiegoś sklepu, choć podejrzewam, że wszystkie które zostały po apokalipsie zostały już zrabowane. Kończy mi się jedzenie, więc jeśli jutro nie znajdę miejsca w którym będę mógł zatrzymać się na dłużej, najlepszą opcją będzie chyba szukanie innego miasta. Może uda mi się dotrzeć nad port?
Spotkałem też dzisiaj grupkę ludzi, kiedy przechodziłem niedaleko domu modlitwy. Chyba mnie nie zauważyli, ale ja poświęciłem kilka minut by przyjrzeć im się lepiej. Rozbawił mnie pomysł modlenia się do Boga w sytuacji, gdy już trafiliśmy do piekła. To co nastąpiło nie było i nie jest zwyczajną apokalipsą. Tych zawsze było sporo - małe, niekompletne, fałszywe i apokryficzne apokalipsy. Większość z nich zdarzała się za dawnych czasów. Kiedy świat - w sensie "koniec świata" - często był obiektywnie nie bardziej rozległy niż kilka wsi i polana w lesie. Ale wszystkie te małe światy się skończyły. Zawsze jednak istniało jakieś "gdzie indziej". Przede wszystkim zawsze był horyzont. Przerażeni uciekinierzy przekonywali się, że świat jest większy, niż sądzili. Parę wiosek i polana? Ha, jak mogli być tacy głupi! Teraz wiedzieli, że to cała wyspa. Teraz jednak, po przejściu kilkudziesięciu lub więcej kilometrów, dochodzę do wniosku, że świat wyczerpał swoje horyzonty.


Zamknął zeszyt i uderzył kilka razy palcami w jego okładkę, wybijając rytm jakiejś niegdyś usłyszanej piosenki. Robiło się ciemno i choć nie wiedział która była godzina, zdawał sobie sprawę, że było późno. Naprawdę późno.
_________________

Take me down to the river bend
Take me down to the fighting end
Wash the poison from off my skin
Show me how to be whole again
'Cause I'm only a crack in this castle of glass
Hardly anything there for you to see
 
   Podziel się na:  
Caroline Smith 


17



Uczennica

Wysłany: 2016-06-14, 10:03   

/witam :<3: //

Nie wiedziała ile szła już sama i ile właściwie minęło od rozstania się z wuefistą. Od tamtego czasu nie znalazła nic konkretnego, same pustki. Miała wrażenie że jej tryb życia w takich warunkach jest nieodpowiedni, nie lubiła siebie za to. Po części traktowała to jako zabawę, jakby po śmierci człowiek mógłby się zrespić w miejscu w którym skończył, niestety tak nie było. To nie była gra, film czy też książka Sci-Fi, to była cholerna rzeczywistość z którą każdy żyjący musiał się zmierzyć. Niektórzy poddawali się od razu, widziała to na początku kiedy jeszcze ludzie nie byli świadomi zagrożenia. Od razu powrócił do niej obraz przed szkołą, gdy sztywny ze smakiem nurkował w wnętrznościach jakiejś młodej kobiety...Wtedy już na wpół kobiety. Chciała jej pomóc, ale nauczyciel kazał biec dalej i później sam zniknął jej z pola widzenia, od tamtego czasu działała sama. A teraz co? Teraz szła jak zbity pies, oglądając się panicznie na wszystkie strony. Nie oszukujmy się, taka drobnica nie miałaby szans nawet z trójką zombie, choć to dla niektórych było niewiele. Nie łudziła się o cud ani nie składała rączek wprost do "Boga', bo "Boga" z nimi nie było. Chwilami traciła siłę i bała się że nie znajdzie nic do jedzenia, bo nawet najsilniejszy organizm bez tego długo nie wytrzyma.
Nie wiedziała gdzie idzie, miała jednak cichutką nadzieję że nie będzie tu sztywnych ani nawet ludzi, którzy czekają aż tylko komuś noga się powinie, aby obezwładnić i zabrać jej wszystkie "zapasy". W tych czasach nie można było nikomu ufać, tym bardziej tym którzy wydają nam się jak najbardziej odpowiedni. Caroline była zagubiona, cholernie zagubiona. Nie wiadomo co pokusiło ją żeby szukać "szczęścia" na poczcie, tym bardziej że owa poczta była tak samo zniszczona jak wszystko inne a dziewczynie zależało najbardziej na jedzeniu lub wodzie pitnej. Planowała wejść do środka budynku, jednak jej decyzja szybko została podważona przez głos "rozsądku", gdy kątem oka dostrzegła jeszcze wtedy nieruszającą się sylwetkę. Nie wiedziała czy to sztywny, czy też człowiek który czekał aż tylko ktoś go zajdzie od pleców, co równało się z pewnym samobójstwem. W końcu niewiele wiedziała o zombiakach i ich nawykach, właściwie niewiele wiedziała. W szkole miała przeciętne oceny ale nigdy nie tłumaczyli jak ewakuować się podczas apokalipsy albo jak walczyć z "umarłymi", prawda? Wszystko poszłoby dobrze i pewnie Caro pozostałaby niezauważona, gdyby nie to że skupiła się na tej postaci i nawet nie zorientowała się że zaczęła skradać się ze zniszczoną reklamówką na nodze. Musiała gdzieś w nią wejść i nawet nie zauważyła. W tym momencie miała tylko nadzieje że w pobliżu nie ma sztywnych. Bo przecież z jednym sobie poradzi, prawda?
 
   Podziel się na:  
William Bellamy 
Will I am?


18 lat



uczeń

Wysłany: 2016-06-16, 14:10   

/ No hej ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Chłodny wiatr zawiał, sprawiając, że William przypomniał sobie o zadrapaniu na swoim lewym policzku. Siedział bez słowa i obserwował spokojnie, acz czujnie otaczający go świat. Potrzebował całego życia, by się tego nauczyć. Zdawało się, że tylko starsi ludzie potrafią siedzieć obok siebie, milczeć i nie czuć się niezręcznie. Młodzi, popędliwi, niespokojni, zawsze muszą przerwać ciszę. Cisza jest święta. Zbliża ludzi, gdyż tylko ci, którzy się dobrze ze sobą czują, mogą siedzieć w milczeniu. A on? Siedział w milczeniu całe życie. Lubił samotność ale niekiedy miał jej już dosyć. Wtedy szukał ludzi by ponownie się zniechęcić. Tym razem jednak, to ludzie przyszli do niego. Cóż za oszczędność czasu.
Gdy tylko chłopak usłyszał jakieś szeleszczące odgłosy, wstał z murka na którym siedział i uniósł oczy na postać, oddaloną od niego o niecałe 3 metry. Bądźmy szczerzy - jeżeli dziewczyna miała wrogie zamiary, to William nie miał w tym starciu najmniejszych szans. 18-latek osunął dłoń nieco niżej, zaczepiając kciuk o kieszeń spodni, w których trzymał nożyk - jedyną broń jaką miał, odkąd uciekł z domu. Być może nie musiałby być taki ostrożny, gdyby mógł zapytać się nieznajomej kim jest i co tu robi. Nawet gdyby skłamała, ton jej głosu zdradziłby mu odpowiedź choćby odrobinę. Nastała apokalipsa. Wszystko się zmieniło. Nie było już nawet sensu we wzywaniu Boga, bo przecież próbował. Nie wątpił też, że zabijany przez zombie brat wzywał Boga, jeśli nie głosem, to w sercu. A Bóg mu odpowiedział, że w związku z dużą ilością interesantów jego zgłoszenie zostało umieszczone na liście oczekujących. Co to oznaczało? Dla jednych było dowodem na to, że Bóg umarł o ile kiedykolwiek w ogóle istniał. Ale dla niego odpowiedź była oczywista - Bóg żył i miewał się dobrze, ale nie mógł nikogo uratować, ponieważ sam był potępiony za swoją zbrodniczą obojętność. Stracił szansę, kiedy zażądał czci i poddaństwa, zanim zaoferował opiekę. To klasyczny układ z gangsterem. Natomiast diabeł z całą pewnością nie był obojętny. Diabeł zawsze pomagał tym, którzy pragnęli grzeszyć, co jest innym określeniem życia. Jego telefon nigdy nie jest zajęty. Zawsze ktoś go odbierze.
Nagle ogarnął go pewien rodzaj irytacji. Był naiwny. Naprawdę sądził, całe życie wydawało mu się, że jego brat jest nieśmiertelny. Kiedy umarł, William zastanawiał się: Jak mógł być śmiertelny? Jak śmiał być śmiertelnikiem? Nigdy nie powiedział mu, że jest śmiertelny! Gdyby wiedział, może traktowałby go inaczej. A może nie? Może to tylko dziecięca naiwność, jakiś syndrom bohatera, który mówił mu, że to właśnie on i jego bliscy są tu głównymi bohaterami.
William cofnął się jeszcze o krok do tyłu, zupełnie nie zauważając wystających z ziemi kamieni i przewracając się o nie, lądując na plecach na twardym gruncie.
Już po tobie słonko.
Przełknął ślinę.
_________________

Take me down to the river bend
Take me down to the fighting end
Wash the poison from off my skin
Show me how to be whole again
'Cause I'm only a crack in this castle of glass
Hardly anything there for you to see
  
 
   Podziel się na:  
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  




wxv.pl - załóż forum dyskusyjne za darmo





Za grafikę na forum odpowiedzialna jest Lou. Kodowanie Lex i Kelly.
Oficjalne otwarcie: 19.02.2016r.